RAP God

Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late (Recenzja nr 2)

Od czasu wydania So Far Gone, które zatrzęsło światem rapowych mixtape’ów minęło już 6 lat. Przez ten czas Drake zdążył nagrać 3 longpleje i wystąpić u boku wielu gwiazd popkultury, takich jak np. Jay-Z, Beyonce, Rihanna, Eminem czy Alicia Keys. Zaskarbił sobie uznanie wielu fanów i stworzył własną wytwórnię pod nazwą October’s Very Own – w skrócie OVO. Jego wpływ na brzmienie współczesnego rapu jest niepodważalny. Jednym słowem – fenomen, czy komuś się to podoba, czy nie. Drake co jakiś czas udostępnia swoim sympatykom luźne kawałki, jednak tym razem zaskoczył wszystkich tworząc płytę pełną takich właśnie tracków. Z początku miała być darmowa (hostowana przez DJ’a Dramę) ale ostatecznie jest to finalne, pełnoprawne LP wydane pod szyldem Cash Money w celu wywiązania się z kontraktu. Odsuńmy jednak na bok dywagacje na temat przynależności i sposobu rozpowszechniania płyty, a skupmy się na tym co najważniejsze: jej zawartości.

Cała płyta utrzymana jest w klimatach bragga. Drake przestaje z roztęsknieniem rapować o swoich ex, a skupia się na przechwałkach o tym co osiągnął i co zamierza osiągnąć. A raczej wziąć sobie bez zbędnych ceregieli. Pod tym względem jest to swoisty ‘tribute’ do singla z ostatniej płyty – Started From The Bottom. Takie zmiany w warstwie tekstowej mogą zaskoczyć ludzi obeznanych z dotychczasową twórczością Kanadyjczyka.Na próżno zatem szukać tu słodziutkich linijek w stylu „Next time we fuck, I don’t wanna fuck, I wanna MAKE LOVE”. Jest agresja, jest bezkompromisowość, jest energia (i to dosłownie: track nr 2). Słuchacze z duszą romantyka, którzy byli największym targetem Drake’a mogą czuć się zawiedzeni, ale ci którzy często narzekali, że „za mało rapuje, za dużo śpiewa” powinni być usatysfakcjonowani.

A dobrego rapu jest tu co niemiara. Liczne wariacje tempa, zależne od każdej zmiany bitu, na który wbija Drake stają się już powoli jego domeną. Raz rapuje leniwie niczym Mase, by za chwilę zapieprzać jak – nie przymierzając – Ludacris czy wariaci z Migos. Najlepszym przykładem jest 6 Man, w którym bawi się flow w sposób wręcz mistrzowski. Niewielu jest raperów potrafiących wjechać na taki niewdzięczny bit i wyjść z tego z taką gracją. Wszystko to robi całkowicie naturalnie i z bezczelną wręcz pewnością. Dość powiedzieć, że podczas pierwszej zwrotki w Star67 pozwolił sobie na żucie gumy. Jak bardzo trzeba być zuchwałym, by zastosować taki manewr? I przy tym brzmieć dobrze. Drake wie, że jest na szczycie gry i taka stylówa jest dla niego w tym momencie odpowiednia. W 2015 roku charakterologicznie zdecydowanie bliżej mu do aroganckiego Kanye Westa, niż tego sentymentalnego Drake’a, którego pamiętamy z So Far Gone czy Take Care. Jak sam rapuje w No Tellin’: Please don’t speak to me like I’m that Drake from four years ago. I’m at a higher place.

Na osobny akapit zasługuje warstwa muzyczna tej płyty. Ciężko nazwać ją trapową, ale w takim kierunku niewątpliwie się Drake kieruje. Po raz kolejny Boi-1da i 40 odwalili kawał solidnej roboty. Bity zaskakują swoją prostotą i minimalizmem syntetycznych dźwięków, by za chwilę przejść w zamglony samplowany wokal i głęboki bas, okraszony lekkimi hi-hatami. Nie da się ukryć, że album brzmi dosyć surowo i ponuro. Najlepszym przykładem jest Now & Forever – bit tak beznamiętnie chłodny, że aż lodowaty. Jest to dzieło młodego, utalentowanego producenta – Erica Dingusa, który coraz śmielej wkracza w mainstreamowy rap. Kolejnymi młodziakami, na których mocno stawia Drake są Partynextdoor – producent OVO oraz Wondagurl – zaledwie 18-letnia protegowana Travisa Scotta, która już 2 lata temu pokazała wielki talent, tworząc Hovie fantastyczny bit do Crown. Oboje popisali się mocnymi produkcjami, które zapadają w pamięć (szczególnie Preach). Trochę odmiennie na tle reszty wygląda urzekający retro stylem bit do 6PM In the New York. Brzmi jak jakiś „Timbalandowy” twór z lat 90′.

Żeby nie było zbyt pięknie, to do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Trochę wad muszę bowiem tej płycie wytknąć. Melodyjne hooki i okazjonalne przyśpiewki są tym razem trudne do znalezienia. Z klimatem na tym mixtapie trzeba się oswoić i pod tym względem jest to zdecydowanie najtrudniejszy w odbiorze materiał Kanadyjczyka. Wielu ludzi może to odrzucić. Nie każdemu też na pewno będzie pasować słuchanie o problemach natury celebryckiej. Na pewno sercowe rozterki Drake’a z poprzednich płyt trafiały do większego grona odbiorców. Sam raper też z trudem ukazuje jakieś swoje drugie oblicze. Całość jest dość jednostajna tematycznie, co jednak trzeba usprawiedliwić mixtejpowymi prawidłami, wg których była tworzona. Widać, że to zbiór kawałków, prawdopodobnie odrzutów, którym brakuje konkretnego zamysłu i szerszego konceptu. Mimo wszystko do absolutnej monotematyczności mu daleko.

Podsumowując, jest to bardzo dobry materiał. Coś wręcz stworzonego do wieczornego odsłuchu lub nocnych eskapad w aucie po mieście. Pod względem muzycznym wszystko tu gra jak należy, podkłady bujają, bas mile łechce ucho, a Drake pokazuje, że jest raperem kompletnym. Duży plus za udaną próbę odcięcia się od swoich nieco już utartych schematów i łatki „soft rappera”. Do magnum opus w dyskografii Kanadyjczyka, jakim w moim odczuciu jest bardzo osobiste i różnorodne Take Care trochę brakuje, ale pamiętajmy, że jest to dopiero przystawka przed głównym daniem. A to – biorąc pod uwagę obecną formę gospodarza – zapowiada się niezwykle smakowicie.

 

Mateusz Mędak

Like this Article? Share it!

Leave A Response