RAP God

Action Bronson – Mr. Wonderful (Recenzja)

Paulo Coelho powiedział kiedyś, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Moglibyśmy wtedy np. pomyśleć, że młoda i piękna Magdalena Ogórek była dobrą kandydatka na prezydenta. Albo że przecież lekko zbzikowany, rdzawobrody i tęgi gość o jasnej karnacji skóry za nic w świecie nie potrafi dobrze zarapować. Pozory jednak często bywają mylące. Nie da się ukryć, że wizerunek Actiona Bronsona mocno odbiega od stereotypowego rapera. Nie zmienia to jednak faktu, że od paru lat dostarcza on swoim słuchaczom sporo dobrej rozrywki. Dotychczas był nieco w cieniu, ale teraz wraz ze swoim debiutem dla Atlantic Records próbuje trafić do szerszej publiki. Cel na pewno ambitny, tak samo jak i w zamierzeniu sama płyta. Na pewno nie jest to typowy mainstreamowy projekt, bo Action Bronson nie jest też typowym mainstreamowym raperem.

Album zaczyna się w standardowym dla rapera stylu: od przedziwnie nieczysto zaśpiewanego refrenu “I got a Brand New Car, I got a Jazz Guitar”, który jest parafrazą klasycznej piosenki Zanzibar w oryginalnym wykonaniu Billy Joela. Sam bit autorstwa Marka Ronsona, oparty na samplu z wyżej wymienionego kawałka jest kapitalny. Brzmi nowocześnie, a jednocześnie nie zatraca ducha oryginału. Action szybko zaznajamia nowych słuchaczy z tym, czego mogą się spodziewać dalej. Rapuje np. o tym, że wszędzie uprawia tyle seksu, że prawdopodobnie ma dzieci w wielu częściach świata, no i tak naprawdę jest wielkim atletą. Jak zwykle w jego twórczości znajdujemy tu dużo absurdalnych tekstów, nastawionych na rozbawienie słuchacza. „All I do is eat oysters. And speak six languages in three voices.” Pierwsze kawałki na albumie to właśnie tego rodzaju wygłupy. Połączenie z retro-soulowymi podkładami sprawia, że słucha się tego lekko, jednak bez większych emocji.

Rozwój sytuacji zmienia trochę skit THUG LOVE STORY 2017 THE MUSICAL (Interlude), w którym starszy człowiek śpiewa o utraconej miłości, która znikła z ulic. Od tego momentu motyw kobiety, która zostawia kochanka ze złamanym sercem pojawia się jeszcze kilkukrotnie. Kilka chwil później słyszymy zdecydowanie najlepszy kawałek na albumie, w którym Action odcina się od wszystkiego co go łączyło z byłą, a mianowicie Baby Blue z fantastycznym gościnnym udziałem Chance’a the Rappera. Zakłóca on balladowy nastrój utworu życząc swojej byłej jak najgorzej w niekonwencjonalny sposób. „I hope your titties all saggy in your 20’s. I hope there’s always snow in your driveway (… )I hope you win the lottery and lose your ticket. I hope It’s Ben and Socrates poop all up in your kitchen”. Kończąc zwrotkę wyraża nadzieję, iż mimo wszystko jest szczęśliwa. Naprawdę świetny kawałek ale po raz kolejny z tym samym pokracznym wokalem w refrenie. Jeszcze jednym wybijającym się utworem jest Only in America – bardzo miła odskocznia od soulowo-bluesowej mieszanki w postaci czegoś w rodzaju rockowej ballady z sympatycznym gitarowym riffem.

Raper wielokrotnie w wywiadach podkreśla swoją miłość do muzyki z poprzedniego wieku. Widać to było na jego mixtape’ach, widać to także tutaj. Producenci w postaci wspomnianego już Marka Ronsona, Alchemista, Statika Selektah czy wieloletnich współkolaborantów Bronsona – Party Supplies serwują nam świetną mieszankę soulu, bluesa i jazzu. Muzycznie fajnie współgra to z bzdurnymi fantazjami rapera, jednak w całości płyta jest rozczarowująca. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że Chance the Rapper swoją zwrotką skradł show gospodarzowi i zrobił doskonale to co on starał się zrobić przez pół płyty. Wykorzystując wymyśloną historię, pokazał etap złości po rozstaniu w satyryczny, ale jakże ludzki sposób. Ergo ten ambitny cel Actiona Bronsona o stworzeniu czegoś więcej niż rap o jedzeniu, graniu na gitarze i podróżowaniu trochę nie wypalił. Rzecz w tym, że Action Bronson w takiej formie jest najbardziej przystępny, a takie kawałki jak Brand New Car, Actin Crazy czy Terry to właśnie to, co robi najlepiej.

Action Bronson jest ambitny, ma dobre pomysły na kawałki, chce śpiewać, stara się stworzyć coś więcej niż zwykły rapowy album mainstreamowy. To wszystko godne pochwały. Jednak byłoby o wiele lepiej, gdyby za ambicją szła konsekwencja, pomysły były realizowane z gracją Chance’a, no i nauczył się śpiewać. Albo dawał śpiewać innym. Wychodziłyby mu wtedy albumy lepsze niż ten, gdyż teraz to średnie i nierówne dzieło mogę polecić głównie jego fanom. A wszystkim pozostałym gorąco polecam odsłuch Baby Blue.

 

Mateusz Mędak

Like this Article? Share it!

Leave A Response