RAP God

Snoop Dogg – Bush (Recenzja)

Legendy mają to do siebie, że mogą sobie pozwolić na więcej. Do takiego wniosku najwidoczniej w ostatnich latach doszedł Snoop Dogg. Stworzył on bowiem już tyle klasyków, ma tak bogatą dyskografię, że status rap legendy mu nie wystarcza. Zapragnął na parę chwil wyruszyć na niezbadane dotąd tereny. Skutkiem tego była jego Reinkarnacja jako Snoop Lion i tworzenie muzyki reggae (m.in z Polką – Izą Lach). Niezbyt to wypaliło. Bliższa jego dotychczasowym dokonaniom była współpraca z Dam-Funkiem jako Snoopzilla i nagranie płyty g-funkowej pod tytułem 7 Days of Funk (bardzo udanej swoją drogą). Gdzieniegdzie pojawiał się też na aspirujących w radiowe hity popowych kawałkach. Między innymi u takich person jak Jason Derulo i Psy. Prawdą jest, że Snoop zawsze lubił eksperymentować. Owocami tych eksperymentów były takie genialne utwory jak Drop it Like It’s Hot czy Sensual Seduction. Pierwszy emanował niepowtarzalną surowością i ekscentryzmem, który elektryzował słuchacza. Drugi to autotune’owy, pre-chillwave’owy pop singiel, który kipił energią i nie odrzucał prostactwem, typowym dla wielu crossoverowych kawałków. Chciałoby się zakrzyknąć głosem Young Thuga „I Want Some More”. Na tle wyżej wymienionych utworów cała najnowszy album rapera wypada jednak dosyć biednie. Snoop odłożył na nm wszelkie eksperymenty na bok i stworzył prawdopodobnie najbezpieczniejszą muzycznie płytę w swoim dorobku. Jeśli więc liczyłeś na jakiś hitowy przebój od Snoopa, to w tym momencie możesz przestać czytać tę recenzję i nigdy po tę płytę nie sięgać.

Nie znaczy to jednak, że płyta jest zła. Co to, to nie. Nie da się stworzyć słabej płyty mając w zanadrzu tak znakomitego producenta, jakim bezsprzecznie jest Pharrell Williams. Wszystkie bity na tym albumie wyszły spod jego rąk. Kawałki ociekają pięknym, słonecznym funkiem inspirowanym stylem stareńkich Parliament/Funkadelic. Nie można zaprzeczyć, że funk lat 70′ to kierunek, w którym Snoop i Pharrell poruszają się z absolutną lekkością. Luzackie California Roll, zahaczające o disco, sympatycznie pulsujące R U A Freak oraz mój faworyt – Awake, ze świetnymi akordami gitarowymi, jakby żywcem wyjętymi z bogatego repertuaru zagrań Nile’a Rodgersa. Pod względem muzyki i tego, jak to wszystko zostało zmasterowane ta płyta naprawdę może się podobać. Jest dopracowana dźwiękowo w każdym szczególe. Największym kawałkiem celującym w przebój jest ewidentnie Peaches-N-Cream z gościnnym występem Charliego Wilsona. Psują go niestety koszmarnie płytkie zwrotki gospodarza.

I tu przejdę do sprawy kluczowej, która mnie drażni na tej płycie. Pod względem tekstowym bowiem nie ma ona kompletnie nic do zaoferowania. Tandetne wersy typu „She too fly for words and where I’m at now I’m too high for birds” to istna tragikomedia. Gdyby ową linijkę napisał np. Wiz Khalifa, to jeszcze bym zrozumiał, ale autorowi Doggystyle po prostu nie przystoi pisanie takich tekstów. Samo porównywanie kobiet do brzoskwiniowego jogurtu jest zwyczajnie słabe. Czystego rapu jest tu niewiele, bo większość płyty jest śpiewana. Często z pomocą Pharrella, który wykonał kilka całkiem fajnych refrenów i mostków. Charakterystyczny głos Snoopa nadal jest dobrze słuchalny i przykuwający uwagę. Dopóki nie wsłuchamy się w tekst.

Całość jest bardzo koherentna: każdy kolejny kawałek brzmi jak mała kopia poprzedniego. W tym przypadku to zaleta, gdyż tej dosyć krótkiej płyty (ponad 40-minutowej) słucha się jednym tchem. I jest to moim zdaniem najłatwiejszy w odbiorze krążek z pogranicza rapu jaki słyszałem w tym roku. Wprawia w pozytywny nastrój, który rozleniwia i pozwala zapomnieć, że tak w zasadzie nie mamy tu do czynienia z niczym nowym. A, że przy okazji usłyszałem prawdopodobnie najgorszego lirycznie Snoopa w karierze? Nic nie szkodzi. Nadal jest to całkiem dobra opcja na niezobowiązujący odsłuch w lecie.

 

Mateusz Mędak

Like this Article? Share it!

Leave A Response