RAP God

Dwóch wygranych tego roku łączy siły, czyli kilka słów na temat Drake’a, Future’a i “What A Time To Be Alive”

drake futuree

Wrzesień się kończy, rozpoczęła się jesień, a jeszcze przed nami trzy miesiące i 2015 rok dobiegnie końca – taka powakacyjna refleksja mnie ostatnio dopadła i przy okazji naszła mnie rozkmina jak będą wyglądały końcoworoczne rapowe podsumowania. Płyta roku? Mixtape? Singiel? A kto przez następne dwanaście miesięcy po obwołaniu będzie dzierżył koronę rapera roku? Pewnie ktoś krzyknie: “KENDRICK KRUL!!!111ONE A “TO PIMP A BUTTERFLY” ALBUMEM DEKADY!!!” i będzie miał sporo racji, bo ciężko nie zgodzić się z tym, że kolejna solówka K-Dota to bardzo mocna rzecz potwierdzająca wysokie miejsce rapera z Compton w czołówce sceny. No właśnie – “Compton”. Domyślam się, że Ci bardziej sentymentalni słuchacze mogą przebąkiwać o tym, że to jednak weteranowi Dre należy się jakieś spore wyróżnienie na koniec solowej kariery. Sporo logicznych uzasadnień pojawi się też pewnie w kontekście kompletnego fenomenu mijającego powoli 2015 roku, czyli Fetty Wapa, zgarniającego do tego z pewnością tytuł “Freshman Of The Year”, a zapatrzeni jak w obrazek psychofani Travi$a Scotta to w nim będą upatrywać tego “naj naj”. A co będzie jak do głosu dojdą “wyznawcy” Young Thuga, których także przecież nie brakuje?

No dobra, ale dywagować na ten temat można zapewne długimi godzinami i nada się do tego lepiej kilka ostatnich wieczorów kończących grudzień i rozpoczynających styczeń. Część zechce dodać jeszcze pewnie kilka innych ksywek, część pewnie obśmieje te już przeze mnie wymienione, ale, że tak naprawdę na samym początku mojej rozkminy przyszły mi do głowy dwie zupełnie inne ksywki. Dwóch raperów, których czas okupowania czołowych miejsc na listach Billboardu przedłużył się z tygodni do długich miesięcy, a kolejne puszczane numery sukcesywnie nabijają liczbę popularnych hitów na ich kontach. Dwóch artystów zajmujących się solowo tak naprawdę odrębnymi od siebie klimatami – z jednej strony mamy absolutną gwiazdę zdobywającą szturmem wszystkie popularne listy przebojów, a z drugiej człowieka, którego trapowe wygrzewki ciężko w mainstreamowym radio puścić. Odpowiednią ilość hejterów posiadają z kolei obaj, jednak negatywna krytyka dotyka innych elementów ich muzyki – jednemu dostaje się po głowie za zbyt namiętny romans z popem i zbyt dużo “płaczliwości” w swojej muzyce, a drugiemu zarzuca się nędzne umiejętności, a bardzo często nawet ich brak. Obaj jednak są na czele peletonu zmierzającego do tytułu “Man Of The Year”Drake i Future, bo o nich naturalnie mowa postanowili jeszcze bardziej zaakcentować fakt, że to do nich należy mijające dwanaście miesięcy i połączyli siły i w efekcie tego dostaliśmy wspólny album (mixtape?) zatytułowany “What A Time To Be Alive”.

Nie komplikują sobie życia w tym roku Panowie zdecydowanie. No bo po co obmyślać potężne strategie marketingowe, głowić się nad wyborem odpowiednich singli, tracić czas i energię na kręcenie wysokobudżetowych klipów, jak można po prostu w jedną chwilę umieścić album w sieci? W zasadzie jeżeli krążek chcą wydać dwaj tak popularni raperzy jak Drizzy i Future, to najważniejsze, żeby album stał na co najmniej przyzwoitym poziomie, a sprzeda się sam, prawda? No i ten materiał stoi oczywiście na poziomie, niestety nie na tak wysokim jakbym się tego spodziewał. Chociaż tak naprawdę czego mógł spodziewać się taki zapalony słuchacz Drake’a jak ja? Po cichu liczyłem na coś w stylu “Nothing Was The Same tylko z wokalami Future’a HEHE”, a dostałem coś zupełnie odwrotnego.  No cóż, nie jestem fanem muzyki Nayvadiusa, jednak zupełnie nie potrafię zignorować sukcesu jaki osiągnął i poziomu, na który właśnie się wspiął. Wydaje mi się, że album będzie doceniony bardziej przez fanów reprezentanta Atlanty niż tych od Drizzy’ego, ponieważ to ten pierwszy lideruje na materiale – jest to bardziej  projekt “Future FEAT. Drake” niż “Future & Drake”. Większość produkcji wyszła spod ręki Metro Boomin, a wiadomo, że na bitach tego bitmejkera Nayvadius odnajduje się chyba najlepiej i m.in. jest to jeden z kluczy, które pozwalają zrozumieć sukces “DS2”. Kanadyjczyk często też korzysta z flow wypracowanego przez Future’a – słychać to już nawet w otwierającym album “Digital Dash”, słychać to było też w goścince na “DS2”. Chociaż z drugiej strony “What A Time To Be Alive” jest także sporą gratką dla słuchaczy Drake’a chcących odetchnąć nieco od pełnych śpiewu solówek Kanadyjczyka – wydaje mi się, że możemy prędko nie usłyszeć projektu Drizzy’ego nieopartego niemal w całości na w miarę lekkich – a na pewno lżejszych niż tych od Metro Boomin czy Southside – podkładach 40’ego. Bardzo dobrze rozegrał ten rok Drake wypuszczając odbiegające nieco od trzech legalnych solówek “If You’re Reading This It’s Too Late”, a teraz “What A Time To Be Alive”. Oba projekty pokazują Drizzy’ego z nieco innej strony, bardziej drapieżnej, agresywnej i podczas gdy fani nadal badają i zagłębiają się w tę muzyczną odsłonę Kanadyjczyka, on może spokojnie kontynuować klimat “albumowy” na nadchodzącym “Views From The 6”, przez co słuchacze nie poczują zbytniego zmęczenia osią wokół której obracają się studyjne krążki szefa OVO.

Nie tylko ja zdaję sobie sprawę z oczywistych sukcesów Drake’a i Future’a, ale i obaj artyści nawet nie próbując zasłaniać się jakąś bezczelnie fałszywą skromnością, na “WATTBA” doskonale dają do zrozumienia, że każdy z nich znalazł się aktualnie w szczytowym momencie kariery. Album jest w zasadzie świetnym podsumowaniem ostatnich dokonań raperów, zwieńczeniem i zamknięciem tego roku. Oprócz wersów o tzw. “wygrywaniu życia” bardziej dociekliwi słuchacze doszukają się także odniesień do kilku bieżących spraw – na pierwsze miejsce wysuwa się oczywiście zamieszanie związane z osobą Meek Milla. Wygrany beef z podopiecznym Rick Rossa jest kolejnym argumentem przemawiającym za zdobytym rokiem przez Drake’a i mimo, że teoretycznie najgorętszy moment konfliktu został już ugaszony, to jednak wszystkich kwestii ich dzielących jeszcze Panowie nie wyjaśnili i co chwilę wysyłają między sobą kuksańce w postaci pojedynczych wersów na numerach, czy też szczerych i osobistych wyznań podczas koncertów (“Meek Mill? Don’ worry, he’s dead already!”). Kilka linijek dla Meek Milla zostało poświęconych także na “WATTBA”, a konkretnie w zamykającym mixtape freestyle’u “30 For 30” (zabijcie mnie, ale zmęczył mnie ten track niemiłosiernie), a do tego dorzuca też co nieco na temat afery związanej z rzekomym korzystaniem przez Drizzy’ego z usług ghostwriterów. Ci bardziej lubiący różnorakie teorie spiskowe, doszukali się także zaczepki w kierunku Chrisa Browna w numerze “Live From The Gutter” (“This for my dogs that go Karrueche with the chopsticks”), z którym szef OVO też miał kilka spięć w przeszłości i co ciekawe doczekał się odpowiedzi kilka godzin później poprzez Instagram. Wracając jeszcze do Meek Milla, to do porządku postanowił go także przywrócić Future wymierzając mu rzekomo wersy w “Big Rings” (“You just a battle rapper, I’m an official trapper / Niggas be droppin’ subliminals, nigga / They’re just some jibber jabber”) czemu się zupełnie nie dziwię, biorąc pod uwagę ostatnie odchyły Meeka, który z jednej strony deklarował, że Future jest obecnie jego ulubionym raperem, a z drugiej ma problem z tym, że podczas koncertu w Atlantcie DJ gra… zbyt dużo jego muzyki.

Intrygująco prezentuje się także sprawa z wydawcą mixtape’u, którym do spółki z Epic Records jest… Cash Money. Po premierze “If You’re Reading This It’s Too Late” słuchacze podśmiewali się z Birdmana, że “w taki sposób” Drake wypełnił swój kontrakt z wytwórnią i już jako w pełni wolny artysta może spokojnie myśleć nad swoją artystyczną przyszłością z “Views From The 6” na czele, a tu niespodzianka. Okazuje się, że rację miał jednak Człowiek Ptak, który jakiś czas temu ze spokojem zapewniał, że konflikt z Lil’ Wayne’em w żaden sposób nie wpłynie na to, że Drake do spółki z Nicki Minaj opuszczą Cash Money. Wygląda na to, że wpływy Birdmana sięgają dużo dalej niż słuchaczom się wydawało i decyzja, czy jakiś artysta opuści szeregi labelu nie zależy do czyjegoś widzimisię.

Ani, jak się okazuje, od rzekomo wygasłej umowy.

Sześć dni nagrywania, okładka kupiona naprędce za jakieś drobne na platformie ShutterStock, zero spinania się na jakiś wybitnie dopracowany materiał i właśnie obserwujemy jak przed kolejnym sukcesem komercyjnym stoją Drake i Future – kilkaset tysięcy sprzedanych kopii krążka, obecność wszystkich 11 numerów z albumu na liście najpopularniejszych utworów. A w drodze przecież kolejne mixtape’y, albumy, single, szczyty Billboardu i tylko można postawić sobie pytanie – kiedy Ci raperzy się zatrzymają? Ile jeszcze czasu będą na topie? Kiedy któryś tryb w ich działaniach przestanie funkcjonować tak jak powinien i któryś z nich się w końcu potknie?

Wydaje się, że nieprędko. Oby nieprędko.

[s]

Like this Article? Share it!

Leave A Response