RAP God

Dirty South – zbawienie rapu, czy jego koniec?

Gdybyśmy cofnęli się wstecz o 20 lat i zrobili sondę uliczną z pytaniem przewodnim – „Jaki region Stanów Zjednoczonych przejmie rapgrę na długie lata?”, to na 10 spotkanych osób żadna z nich nie wskazałaby kilku południowych punktów na mapie, a jeśliby się ktoś taki trafił, to albo zostałby zastrzelony w brudnym zaułku na Brooklynie za mało śmieszny żart, albo potraktowano by go za niepełnosprawnego umysłowo – na jedno wychodzi.

Dzisiaj, po latach byśmy go nazywali Nostradamusem, bo dwie dekady temu wiedział jaki przewrót w „interesie” nastąpi. Eastcoast jako kolebka rapu dominował od samego jego początku, aż stopniowo zaczął oddawać pałeczkę wybrzeżu po przeciwnej stronie kontynentu. Zachód i Wschód uzbrojone w najlepszych raperów tamtego okresu nie mogło poważnie traktować Południa, które za sukces traktowało przebój dwójki dzieci z Atlanty – Kris Kross „Jump”. Chociaż aktywne już wtedy były uznawane dziś za kultowe duety – UGK, 8Ball & MJG, czy OutKast. Do tego dochodzą ekipy pokroju Geto Boys, czy Three 6 Mafia.

Jednak mimo wydawać by się mogło silnej reprezentacji, która zdążyła pokazać swoją siłę wybitnymi pozycjami z lat 90, na prawdziwy rozgłos Dirty South musiał czekać do drugiej połowy lat 90. Wtedy południowy rap zyskał szum na który zasłużył. Paradoksalnie ten bum nie był spowodowany albumami idealnymi, a kiczem i zupełnie czymś nowym w całym rapowym biznesie. Tak, to właśnie czas Mastera P i jego żołnierzy z No Limit Records. Koszykarz, raper, biznesmem, aktor – człowiek orkiestra oraz jego wataha zbombardowały gatunek czymś dotąd niespotykanym.

Zaczęły się pojawiać plastikowe produkcje, które tak wielu słuchaczy odtrącały i powodowały wymioty, obrzydzenie i nienawiść do południowej muzyki. Chłopaki z Nowego Orleanu zapoczątkowały całym hejterski movement na Dirty South. Na domiar złego kiczem (słowo chętnie i najczęściej używane przez antyfanów) wiało na zewnątrz – mowa o pixelowych coverach albumów, które bardzo mocno wpadły w oko reprezentantom No Limit Records. Silkk The Schocker, C-Murder, Soulja Slim, Mystikal, Mia-X, czy Fiend… nie miało to znaczenia. Okładka kropla w kroplę, a zawartość? Ostre uliczne teksty, pozbawione cenzury na nowoczesnych bitach… To musiało dać sukces. Tak też się stało.

Wytwórnia Mastera P zdominowała branżę, a przy okazji zrobiła z Nowego Orleanu niezwykle gorącą scenę z przełomu wieków. Jednak miasto „Szerszeni” to nie tylko label z czołgiem w logo. To również tworzące się stopniowo imperium Birdmana, a wtedy jeszcze Babyego – Cash Money Millionaires. Człowiek-ptak mający pod swoimi skrzydłami małe piskla jak B.G., Juvenile, Turk oraz Lil Wayne wykorzystał moment i dzięki tym nastolatkom zaczął zbijać fortunę. Cała czwórka, która wspólnie tworzyła hip-hopową grupę Hot Boys, odnosiła ogromne sukcesy na polu komercyjnym. Wystarczy tylko wspomnieć o hitowym albumie Juviego – „400 Degreez”, który pokrył się kilkukrotnie platyną, a z samego rapera zrobił twarz numer jeden Cash Money z przełomu wieków. Jednak pozostała trójka również biernie się nie przyglądała… Robili hit za hitem. Dzięki czemu każdy z nich pogonił bardzo duże liczby sprzedanych płyt.

Przy raperach stał zawsze Mannie Fresh. Producent wybitny, klepiący tak samo charakterystyczne podkłady jak dziś DJ Mustard. Niesamowite baunsujące brzmienie spowodowało, że „Maniek” do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych producentów. W cieniu Nowego Orleanu była wtedy cała reszta południowej części Stanów. Mroczne Memphis, wierne swoim ideałom Houston, szukająca swojej drogi Atlanta – oni wszyscy na przełomie wieków musieli uznać wyższość miasta ze stanu Luizjana. Zaczyna się nowe tysiąclecie. No Limit Records powoli się wystrzeliwuje, Cash Money jeszcze trochę powalczy i również będzie musiało żegnać swoich żołnierzy.

Nachodzi więc koniec dla południowego rapu? Nic bardziej mylnego. Dirty South nie oddaje mistrzostwa, a jedynie opaskę kapitana przekazuje Atlancie. Jak później się okażę – będzie to kapitan długowieczny. Niemogąca się przebić stolica stanu Georgia wreszcie po latach poszukiwań znajduje klucz, który wpuści ją do pierwszej ligi. Lil Jon wykorzystując w jakimś stopniu patenty rapu z Nowego Orleanu i odlskulowego Miami Bass przebija się w świat mainstreamowy ze swoim crunkiem. Gatunek skupiony na masowym wypluwaniu hitów do klubów daje mu sławę, pieniądze i kobiety… i szampany również. Silne beaty, w tle krzyczący raperzy, teksty o przepychu i ogromnych pieniądzach… Wtedy właśnie hip-hop umarł. Silny bass, syntezatory, loopy, drumy tworzyły niesamowitą energię, a mistrzem w tym był Lil Jon. Wchodzi Ludacris, Bone Crusher, Lil Scrappy, Ying Yang Twins, hity wychodzą jak żyletki z hali produkcyjnej. Atlancie się udało. Jednak to nie koniec. To byłoby za proste i za ubogie. Swoich sił próbuje T.I., ale to nie crunk, a więc co? Wykorzystuje mocne beaty, ale to wszystko ma uliczny wydźwięk. Charyzma młodego gniewnego, tego tam nie grali. Czym to więc jest? Nikt nie wie, T.I. również wtedy jeszcze nie wiedział. Jednak świeżość nie zawsze idzie w parze z sukcesem… Debiut Tipa nie sprzedaje się jak należy.

Crunk dalej na pozycji lidera. Mamy multum hitów spod ręki Lil Jona, gdy w kalendarzu jest 2003 rok. Jednak ten rok zmieni wiele na wiele. T.I. próbuje ponownie. „Trap Muzik”, bo tak się nazywa ten album. Młody raper wykorzystuje patenty z pierwszego uderzenia. Czym jest Trap Music? Wydaje się, że Clifford Harris znalazł definicję brzmienia ze swojego debiutu. Tym razem jednak ciut przystępniej, ciut bardziej mainstreamowo. I teraz się udało. Album okazuje się hitem, daje raperowi przepustkę do wielkiego świata, a na horyzoncie pojawił się nowy gatunek – trap. On jak wszystko będzie ewoluował, a już za chwilę przyczyni się do tego inny, młody, były czarny diler – niejaki Young Jeezy.

Wydaje materiał „Trap Or Die”. Duet Jeezy + Shawty Redd jest idealny. Być może bardziej idealny niż T.I. + DJ Toomp, niż Mannie Fresh + Cash Money. No i zaczęło się. Nieprawdopodobny sukces, ulice wariują. Koszulki z bałwanem (Jeezy=Snowman), z hasłami „Trap Or Die”. Co jest tego powodem? Przecież mixtapy w tamtym okresie to popularny środek promocji, zaistnienia. Ten jednak był inny. Bowiem nikt nigdy wcześniej nie nagrał tak surowego materiału na tak ostrych produkcjach. Ani T.I. w 2001, czy też dwa lata później, ani ulicznicy z No Limit Records, ani OG’s z Houston, ani też dający podwaliny pod dzisiejsze brzmienie chłopaki z Three 6 Mafii. Teraz już Atlanta podzielona – na reprezentacje klubów – Ludacris, Lil Jon, Lil Scrappy oraz reprezentację ulicy – T.I., Young Jeezy. Na każdej płaszczyźnie jednak odnosi sukcesy i to być może było kluczem do długowieczności A-Town. Są kolaboracje między gatunkami, chłopaki się uzupełniają.

Pojawiają się nowe twarze jak Gucci Mane. Mało tego – w cieniu jest jeszcze trzeci gatunek powstały w ATL – snap. On również w swoim prime time był niezwykle gorący. Choć żył w świadomości krócej. Jednak Dem Franchize Boyz, D4L, czy Yung Joca trzeba znać. Hity spod rąk Jazze Pha i Lil Jona są ciągle wizytówką południa. Co się dzieje na sąsiednich scenach? Nowy Orlean przestał dominować, ale ciągle jest aktywny. Choć w innym już składzie. Cash Money się zmieniło. Za chwilę wytwórni Birdmana będzie bliżej do słonecznej Florydy niż do dzielnic Orleanu, ale nadchodzi też czas Lil Wayne’a, który na dniach wjedzie na sam szczyt i z niego już nie zejdzie. Era No Limit dobiegła końca.

Jak wygląda sprawa z mrocznym, hardcorowym graniem w Memphis? Tam też się pozmieniało. Nagrywki z bagażnika DJ Paula i Juicy J to już zamierzchła przeszłość. Mrok i brud M-Town wymieniono na nowy model… Popularny Crunk. W stolicy Tennessee również grano w stylu Lil Jona, ale bez Lil Jona. Bowiem to DJ Paul i Juicy J wzięli się za produkowanie hitów. Ta jedna rzecz się nie zmieniła od czasów kaset tworzonych w piwnicach u babci Juicemana, bo sam skład przeszedł i jeszcze przejdzie kilka rotacji. Czy więc duet z Memphis radził sobie gorzej niż Lil Jon? Nie było to już tak dobre jak 666 Mafia w latach 90? Producent z Atlanty, to bez wątpienia niekwestionowany król Crunku. Sam zespół też stracił w oczach fanów zakochanych w starym brzmieniu ekipy. Dla mnie się nic nie zmieniło, to wciąż Three 6 Mafia, to wciąż jest dobre. Muzyka ewoluuje i tak było, jest i będzie.

Dochodzi do kolaboracji z crunkowymi zespołami, czy też duetami z ATL. Mowa o YoungBloodZ, Ying Yang Twins, czy Trillville. Na scenę wkraczają nowe postacie. Jak chociażby Yo Gotti, Criminal Manne, czy pochodzący z Nashville, Young Buck. Są weterani jak 8Ball z MJG. Jest geniusz muzyczny – Drumma Boy. Memphis silne jak nigdy? Coś w tym jest. Są sukcesy na polu komercyjnym. O sile M-Town wiedzą już wszyscy. Zaraz podobne przebudzenie spotka Houston. Stolica Texasu w opinii wielu, jak i również mojej, to scena numer 1 pod względem odsetka raperów z ogromnymi umiejętnościami, talentem i możliwościami. Jednak to tej pory sukcesu w mainstreamie nie było. Dziwna sytuacja, bo mając taki szacunek wśród innych oraz kolaboracje z innymi miastami z południowej części Stanów Zjednoczonych, to spodziewać by się mogło, że grają oni już dawno w pierwszej lidze.

Ten czas dopiero nadchodzi. H-Town przemeblowane nieco. Śmierć genialnego Fat Pata pod koniec ubiegłego stulecia. Big Mello, który odchodzi na początku nowego tysiąclecia. No i przede wszystkim legendarny DJ Screw niczego więcej nie dotknie. Uzależnienie od kodeiny wygrało. Wybitna dla rapu postać to ogromna strata dla całej sceny. Człowiek, który zapoczątkował cały ruch „Chopped & Screwed”. Polegający na zwolnieniu tempa beatu. Tak dumnie reprezentowany przez raperów z Houston, że DJ Screw postanawia założyć ekipę Screwed Up Click. Nie znajdziecie wśród nich słabego ogniwa. Jednak to wszystko jest jeszcze kilka lat przed prawdziwym boomem na teksański rap. Rok 2005 i zaczyna się ofensywa Houston. Mieszanka oldskulu z młodzieńczym wigorem zaczyna działać. Obok UGK, Scarface’a, Trae, Lil Keke, czy Z-Ro mamy Chamillionaire’a, Lil Flipa, czy Paul Walla, a przecież to nie wszyscy. Każdy z nich tak dumnie reprezentujący H-Town daje coś od siebie.

Pojawia się sukces. Slim Thug nagrywa z Beyonce. Paul Wall pojawia się przy Eminemie ze względu na swój kolor skóry. „Kim Jest Mike Jones?” Kolejna nowa twarz miasta. Atlanta już nie dominuje w pojedynkę. Teraz robi to wspólnie z Houston. Ta druga scena jednak stopniowo gaśnie i po 2006 roku ciężko szukać szumu na jej temat. Czemu tak się stało? Tam ciągle są te same utalentowane postacie. Być może wierność do swojego brzmienia zahamowała rozwój i jakąś większą transformację w ich muzyce. Jednak to też budzi szacunek. O Florydzie w tym czasie jest już głośno. Rick Ross, Plies, Trina, Trick Daddy wyziewający ostatniego ducha. Kolejny utalentowany, ale jakże łapczywy na pieniądze Pitbull, czy Flo-Rida z udanym debiutem. Ta różnorodność na południowej scenie musiała w końcu dać im wymierne korzyści.

Dirty South zdominował rap od samego początku nowego milenium. To nie na południu gra się inaczej, to wszędzie indziej grają jak na południu. Mówił o tym kiedyś Killer Mike. On tego nie chciał i nie popierał, ale nic to nie zmieniło. Nowy Jork to nie Nowy Jork, Kalifornia z przebłyskiem The Game’a też nie zagrażała południowej muzyce. Lata mijają, a tempo ciągle dyktuje region znany z tandetnego bling blingu i mało zaawansowanej warstwie lirycznej. Choć i tutaj można by bronić się kilkoma ksywkami. Moje odczucia? Te kilka lat temu było lepiej. Brakuje mi kilku ulubieńców sprzed lat. Nowe twarze po części te luki uzupełniają, ale nie w pełni. Czy jest więc źle? Jest bardzo dobrze. Dirty South jest ciągle silny i nic nie wskazuje na to, że się to zmieni. Wrażenia jedynie mogą być zamazywane przez sentyment, a ja jestem osobą sentymentalną, więc ortodoksyjne podejście bierze się stąd. Niemniej wypada znać szkołę południa sprzed 10 lat, bo tę obecną przy teraźniejszej modzie wszyscy pewnie znają.

 

Like this Article? Share it!

Leave A Response